MetalMusic.pl

Nowy portal o muzyce metalowej - recenzje płyt, relacje z koncertów, słów pare o sprzęcie muzycznym i wiele innych!

Relacja z Polskiej części trasy Sacrament of Sin – Powerwolf 2019

W tym roku postanowiłem zrobić coś szalonego – nawet nie dlatego że jestem jakimś wielkim fanem grupy Powerwolf – tak po prostu. Trafiła się okazja, bo rzadko kiedy światowej klasy sława daje w naszym kraju kilka koncertów w ramach jednej trasy. Więc skoro już pojawiła się taka możliwość, postanowiłem z niej skorzystać i zaliczyć wszystkie trzy koncerty w Polsce grupy Powerwolf w ramach ich trasy Sacrament of Sin 2019.

Ponieważ w ramach takiej trasy setlista jest zawsze ta sama, a różnice w „show” są niewielkie, dlatego postanowiłem nie opisywać każdego koncertu z osobna, a jako całość, przy okazji zaznaczając przy każdym fragmencie różnice względem różnych miast i klubów.

Słowem wstępu – Gloryhammer

Jako gość specjalny na trasie uczestniczył Brytyjski zespół Gloryhammer który miałem okazję po raz pierwszy usłyszeć właśnie w ramach tej trasy w Gdańsku. Jestem bardzo mile zaskoczony, ponieważ muzycznie trafił w mój gust. Muzyka bardzo melodyjna i z dystansem. Trochę fantasy, trochę sci-fi – ogólnie niepowtarzalny klimat.

Setlistę Gloryhammer otwierał utwór The Siege of Dunkeld (In Hoots We Trust) – refren magiczny – momentalnie pozwolił mi wczuć się w klimat kosmicznych bitew. Następnie, że tak powiem, utwór tytułowy „Gloryhammer” – i tutaj dopiero zaczynał się show! W trakcie trwania utworu, na scenę wkraczał nikczemny goblin próbujący udaremnić Angusowi jego występ – jednak dobro zawsze zwycięża. Angus za każdym razem pokonuje goblina i wydziera z jego łapsk Młot Chwały.

Tutaj ciekawostka – na występie w Gdańsku bitwa była tak zażarta że wokalista w ferworze walki zagubił swój mikrofon i musiał ratować się mikrofonem pomocniczym dostarczonym przez wsparcie techniczne.

Skoro cały zespół jest już w komplecie, w raz ze swoim kluczowym artefaktem – przyszedł czas aby w końcu się przedstawić. I tutaj zaczynamy utwór Angus Mcfife.

Zaraz potem rozpoczęła się wyprawa do świata jednorożców wraz z utworem The Land of Unicorns. Po udanej podróży nadszedł czas na znalezienie bohatera godnego naszych czasów. Angus uświadomił nas że Hootsman, basista zespołu nie jest zwykłym człowiekiem – jest cyborgiem, napędzanym przez gwiazdę neutronową – i choć nie każdy o tym wie, gwiazdy neutronowe są zasilane alkoholem. Dlatego musiał znaleźć się śmiałek który zdobędzie odpowiednie paliwo. Angus niezwykle charyzmatycznie wybrał odpowiedniego bohatera, aby udał się do galaktycznej fortecy (chodziło oczywiście o BAR), zdobył paliwo i wrócił pod scenę.

W Gdańsku bohaterem był Almighty Lukas Wojtek from Poland, we Wrocławiu Unnamed Brave Mane from Wroclaw, natomiast w Krakowie trafił się Almighty Sylwek Wojtek from Łódź – Tak, Angus ponoć myśli że wszyscy w Polsce nazywają się Wojtek

Crowdsurfing – technika „tańca” na koncertach metalowych, polegająca na rzuceniu się w publikę, która niesie nas do celu. Podczas przydzielania questa przez Angusa, zalecaną metodą transportu był właśnie crowdsurfing, ale albo miałem słabą widoczność i nie wdziałem crowdsurfingui, albo Polska publika się trochę wstydziła – bo chyba każdy dzielny wybraniec wolał udać się do baru na piechotkę.

Tutaj szacun dla niezwykle mocnej głowy Hootsman’a – w trakcie trwania Questlords of Inverness, Ride to the Galactic Fortress Angus napoił go całą gramaturą kubka z piwem, po czym w ramach przerywnika opatrzonego muzyką z gwiezdnych wojen, basista zeruje kolejne piwo.

Prawdopodobnie aby oddać hołd tak wspaniałym umiejętnościom, następny utwór w setliście był poświęcony właśnie jemu: The Hollywood Hootsman (swoją drogą, chyba mój ulubiony kawałek na trasie).

Angus nie mógł jednak zbyt długo oddawać uwagi innym, dlatego przed następnym utworem wyjaśnił nam, że to właśnie on, Angus Mcfife Thirteenth wymyśl dźwięk w kosmosie, abyśmy mogli usłyszeć odgłosy wymachiwania młota w przestrzeni międzygwiazdowej. Puścił też wodzę fantazji odnośnie dźwięku wydawanego przez goblina miażdżonego przez taki młot. No cóż, Angus nienawidzi goblinów – następny utwór: Goblin King of the Darkstorm Galaxy.

Każdy członek zespołu jest unikalny – ma swój niepowtarzalny charakter oraz charakteryzację. A tym samym także środek transportu. Perkusista na przykład na każde show przylatywał latającą łodzią podwodną – gdyby ktoś z Was chciał tego doświadczyć, musiałby dołączyć do specjalnych sił o których był utwór Hootsforce.

Publika już rozgrzana do czerwoności, do tego stopnia że jest w stanie rozpalić cały kosmos – zaczyna się Universe on Fire. To prawdopodobnie nie spodobało się jednorożcom, dlatego rozpoczęły swoją inwazję – The Unicorn Invasion of Dundee. I tutaj kończy się ten kawałek historii gwiezdnych przygód ekipy Gloryhammer.


Ciekawostka – za każdym razem, tuż przed wejściem zespołu na scenę grał ten sam utwór – niestety nie mogę znaleźć konkretów odnośnie tego co to był za utwór dla Gloryhammer, natomiast przed Powerwolf to był zawsze Ozzy Osbourne – Mr. Crowley.

Danie główne – Powerwolf

Na Powerwolf miałem okazję już być kilka razy wcześniej – w Progresji w 2018, a także w ramach Mystic Festival 2019 (relacja, mam nadzieję wkrótce). Nie było więc dla mnie zaskoczeniem że show rozpoczął się utworu Fire and Forgive.

Trochę wstyd się przyznać – ale w Krakowie gdy zaczęli grać ten utwór, uświadomiłem sobie że oto rozpoczyna się ostatni przystanek na trasie tej wspaniałej, muzycznej przygody i aż uroniłem łezkę wzruszenia.

Chwilę potem staliśmy się nocną armią świętującą, jak to mówi Attila Dorn „Holy Heavy Metal Mass” w rytm Army of the Night. Niemiecka ekipa power metalowa wie jak zadbać o spójność występu – dlatego przed kolejnym utworem, mnisi – pomocnicy wręczyli wokaliście kadzielnicę – bo żeby armia była potężna, potrzebne jest żelazo. Natomiast żeby była skupiona, potrzebne jest kadzidło. Oczywiście, następny utwór Incense & iron – idealny utwór aby rozruszać publikę i zachęcić ją do wspólnego skakania.

Spójna myśl prowadząca całe show trwa dalej – w następnej kolejności zespół zagrał Amen and Attack.

Na każdym koncercie, przed rozpoczęciem utworu Amen and Attack, Attila pyta ile osób z publiki widzi zespół po raz pierwszy na żywo – praktycznie za każdym razem jest to znacząca większość.

Podczas następnego utwory, na scenie pojawia się wielki krzyż ze świateł – to może oznaczać tylko jedno – Killers with the Cross.

Tak, wiem, dużo tych dygresji, ale mam wrażenie że podczas występu w Progresji w 2018 roku krzyż był o wiele częściej obecny na scenie – natomiast na Mystic Festival 2019 nie pojawił się w ogóle (lub go nie widziałem ze względu na to że show odbył się w dzień przy pełnym świetle).

Następna pozycja na setliście – Demons are the Girl’s best friend.

Kolejna ciekawostka – zawsze, przed utworem Demons are the Girl’s best friend pada prośba aby dziewczyny zrobiły hałas, bo następny kawałek jest dla nich. I za każdym razem, trafia się parę osób płci męskiej która także krzyczy podekscytowana, jednak Attila swoim wprawnym okiem wyłapuje takich gagadków i przypomina im że mowa była tylko o kobietach.

Uwaga, za chwilę kolejna ciekawostka w odniesieniu do różnic jakie wystąpiły na trasie po Polsce – bo oto nadszedł czas na jeden z bardziej rozpoznawalnych elementów każdego koncertu Powerwolf – przygotowanie do utworu Armata Strigoi. Attila wspomina że mają bardzo łatwe teksty bo bardzo często śpiewają po prostu „Oooo” – dlatego powinniśmy poradzić sobie z następnym utworem.

Partia śpiewana przygotowana dla publiki składa się z czterech części i są to odpowiednio cztery takty melodyjnego wstępu do solówki na gitarze, która kojarzy się bardzo z Węgierską bądź Rumuńską muzyką ludową. (przynajmniej, ja mam takie skojarzenia).

No i właśnie, kolejna ciekawostka – zawsze myślałem że ten żart jest taki sam niezależnie od występu – niby to trzecia partia jest najtrudniejsza, a wychodzi perfekcyjnie za pierwszym razem, a najtrudniejsza okazuje się czwarta przez co Attila jest zawiedziony.

Okazuje się jednak że nie do końca – w Gdańsku najtrudniejszą partią okazała się druga, we Wrocałwiu właśnie czwarta, natomiast w Krakowie – pierwsza, druga i czwarta.

Następnie – zwalniamy trochę tempo, ale nie zmniejszamy energii – oto zaczyna się utwór Stossgebet, a zaraz potem przechodzimy do czegoś wesołego, bo oto każdego dnia na trasie Roel – perkusista, świętował specjalne zmartwychstanie – Resurection by Erection. Swoją drogą, żart o tym, że Attila doświadcza takiego zmartwychwstania pojawił się tylko raz, w Krakowie.

Następuje chwilowa przerwa od energetycznych skoków i pogo. Przerwa na refleksję i wzruszenia. Oto na scenę wjeżdżają płonące organy na których przygrywa Falk Maria – ten klimat świetnie pasuje do Where the Wild Wolves have gone.

Zrobiło się trochę smutno i melancholijnie, na szczęście – jeśli jesteśmy przeklęci przez heavy metal oraz błogosławieni przez heavy metal – to wystarczy nam tylko jeden utwór: Blessed & Possessed, a zaraz po nim „the new old song” – Kiss od the Cobra King.

Ponad połowa show już za nami, nadszedł więc czas wykrzesać z publiki resztkę energii – oto nadchodzi We Drink Your Blood i po raz kolejny mamy okazję poskakać z wokalistą.

Widzę że dawno nie było żadnej ciekawostki – zatem proszę: we wszystkich trzech miastach ten sam scenariusz – Attila prosi abyśmy dali mu potężne „BLOOD” z klaśnięciem w dłonie, ale zamiast okrzyku jest niegłośne westchnienie „blood” i klaskanie które przynosi na myśl bardziej Raining blood. Na szczęście, Attila jako dobry przywódca stada daje nam drugą szansę aby się poprawić i cała sala jednogłośnie krzyczy „Blood” klaszcząc w dłonie.

Na koniec – no prawie koniec, taki koniec przed bisami – rozpoczyna się element mszy – Attila prowadzi modlitwę w podzięce metalowi za to że dzięki niemu jesteśmy tutaj i jesteśmy tym kim jesteśmy. Pięknym, modlitewnym śpiewem zapowiada że błogosławi nas ostatnim utworem Lupus Dei (tak, mój ulubiony).

Tutaj zawsze ma miejsce mój ulubiony żart, który jednak ciężko opisać ładnie po Polsku, a prowadząc metalmusic.pl przyjąłem takie dziwne założenie że jednak chce pisać po Polsku, dlatego spróbuję.

W trakcie „mszy” odpowiadamy w odpowiednich momentach – jednak zamiast typowego, kościelnego „amen” odpowiadamy wrzaskiem. I gdy przychodzi koniec mszy i pada pytanie „Are you possessed with heavy metal„, publika już nieco zmęczona krzykiem odpowiada z nieco mniejszą siłą, na co Attila wyraża swoje rozczarowanie nie rezygnując jednak z melodyjnego, modlitewnego głosu „That was not possessed… So I ask you again – are you possessed with heavy metal” i tym razem publika zdziera resztki gardeł.

Bis!

Teoretycznie, niby tutaj się kończy występ, Attila mówi że dziękuje nam za wspaniałe show, i życzy nam bezpiecznej drogi do domu. Zespół robi układ i schodzą ze sceny. Ale, ale! Światła gasną, jak niby mamy wyjść po ciemku? No właśnie, nie wychodzimy, krzyczymy dalej!

Dla wielu to oczywiste, dla niektórych nie, dlatego dla jasności napiszę – bisy są wliczone w czas występu i zawsze są takie same 😉

Zespół wraca, bez słowa wstępu, pada tylko hasło „Blood of the saints” i zaczyna się klasyk – Sanctified with Dynamite. Chwilę później, pada prośba aby wszyscy mężczyźni tym razem podnieśli jedną pięść do góry – a następnie żeby złapali się za jaja – bo następny utwór jest dla nich – Coleus Sanctus.

I mogłoby się wydawać że to koniec, Attila wspomina że już nic więcej dla nas nie mają, ale skoro dalej są na scenie to znaczy że coś się święci.

Zanim jednak to nastąpi, następuje podział na lewą i prawą stronę publiki. I rozpoczyna się walka na fanów, kto ma głośniejszych – Falk Maria Shlegel który dzierży lewą stronę, czy Attila Dron który dzierży prawą. Strony krzyczą na przemian, coraz szybciej, aż w końcu pada podpowiedź co szykuje się dla nas na koniec. „Kiedy my mówimy HU wy mówcie” i sala robi „HA”. Oczywiście za cicho, Attila rozczarowany, kładzie się na elemencie scenografii, i prosi żebyśmy szeptali to HA skoro nie mamy już sił, on też już nie ma. Ale z każdym kolejnym powtórzeniem HU przez Attilę i HA przez publikę robi się coraz głośniej. I zaczyna się ostatni, pożegnalny utwór – Werewolves of Armenia.

Podsumowanie

Niezwykle zazdroszczę obu ekipom, zarówno Gloryhammer jak i Powerwolf – nawet nie samego koncertowania w dzień w dzień – ale tego że im się to nie nudzi – z tego co kojarzę Polska nie była pierwszym krajem na trasie Sacrament of Sin Tour 2019, a mimo to, za każdym razem widać było, jaką wszyscy mają z tego radochę. Grają codziennie to samo i codziennie czerpią z tego tyle samo radości. To jest coś wspaniałego – bo tą energię chłonie się będąc pod sceną. A po trzech takich koncertach, tej energii starczy mi na co najmniej rok.


Słów kilka o miastach i publikach

Zauważyłem że wbrew pozorom – miasto w którym odbywa się koncert ma bardzo duże znaczenie jeśli chodzi o jego odbiór dla osoby spoza danego rejonu. Różnice może są nie wielkie, ale kilka da się wskazać. Dlatego, jako ciekawostkę, wrzucam jak odebrałem koncerty w poszczególnych miastach.

Gdańsk – odbiór bardzo dobry, publika głównie młoda i mam wrażenie zaprawiona w bojach. Najintensywniejsze pogo, choć o niezbyt dużym zasięgu. Mimo to, miało ono wpływ na całą publikę bo się trochę rozpychało. Nie za dużo telefonów w górze, kilka, i głównie na chwilę aby cyknąć foteczkę i wrócić do zabawy. Akustyka bardzo dobra, przyjemna, nie za głośno, ale mocno. Impreza odbyła się klubie B90 – także polecam.

Wrocław – przykro mi to mówić, ale moim zdaniem Wrocław wypadł najsłabiej. Akustyka niestety nieidealna, bardzo dużo tonów wysokich które biły po uszach. Do tego mam wrażenie że publika mniej przyjazna. Już w kolejce widać była że większość się supportuje we własnym zakresie – to znaczy rozpracowuje pierwsze piwa, a spora część nawet mocniejsze trunki, po których na szlaku zostają butelki. W Gdańsku, owszem, zdarzały się osoby pijące już przed wejściem, ale było ich o wiele mniej, a śmieci trafiały do kosza. Domyślam się jednak że w przypadku Wrocławia winę ponosi polityka cenowa – przykład: szatnia 5zł od sztuki. Najdrożej w historii imprez na których uczestniczyłem. Może mały szczegół, ale jednak. Inną smutną sprawą było to że scena była za niska. Na początku byłem mniej więcej w 4-5 rzędzie od sceny w zależności od tego jak liczymy, a i tak widoczność miałem bardzo słabą. Do tego non stop kilka telefonów w górze, jakby każdy chciał nagrać sobie pół koncertu. Największy szok – im dalej od sceny odszedłem, tym więcej niższych osób widziałem. Może to był pojedynczy przypadek, ale wyglądało to jak prawo silniejszego – największy wbili pod scenę, przez co osoby niższe nie mogły czerpać tyle radości z koncertu co osoby o większym rozmiarze. Impreza odbyła się w Centrum Koncertowym A2.

Kraków – Na szczęście to Karków był ostatni na trasie w Polsce, bo występ tutaj był idealny. Akustyka bardzo dobra, głośna, ale nie atakująca uszu nieprzyjemnymi częstotliwościami. W kolejce porządek, wszyscy grzeczni, każdy czeka aby napić się w klubie, szatnia w dobrej cenie, scena wysoka, niscy ludzie na przodzie, wysocy z tyłu, lokal pełny, ale każdy ma dla siebie miejsce i może zadbać o dobry widok jednocześnie nie ingerując w czyjąś strefę osobistą. A jeśli ktoś chce pogo – to fakt, może mało intensywne, ale bardzo obszerne – a co najlepsze – zamknięte. Nie taranowało ludzi którzy chcieli się pobawić na swój, spokojniejszy sposób. 10/10, polecam koncerty w Krakowie!

Galeria – Gdańsk

Galeria – Wrocław

Galeria – Kraków

Wyszukiwarka

Projekt i realizacja - Jacek Korzemski - Copyright © 2019

Notice: ob_end_flush(): failed to send buffer of zlib output compression (0) in /home/jkstoner/public_html/wp-includes/functions.php on line 4755