MetalMusic.pl

Nowy portal o muzyce metalowej - recenzje płyt, relacje z koncertów, słów pare o sprzęcie muzycznym i wiele innych!

Powerwolf – 2018 w Progresji – Relacja

1 listopada 2018 roku miałem zaszczyt być na koncercie (według wikipedii) niemiecko-rumuńskiej grupy powermetalowej „Powerwolf” który odbył się w Warszawskim klubie Progresja – i tak świętować „Wszystkich świętych” to ja mogę co roku!

Był to chyba mój pierwszy koncert w tym miejscu, dlatego relację zacznę od chwili zachwytu na temat samej miejscówki – a jest to miejscówka idealna na koncerty. Wysokość sceny, wielkość sali, potencjał akustyczny i każdy najmniejszy detal sprawia że koncerty w Progresji z automatu dostają jeden pentagram w ocenie więcej. Układ sali sprawia, że możemy poczuć się jak na Stadionie, z tym że zamiast siedzieć kilometr dalej na trybunach wbijamy się pod samą scenę. Choć nie jest to największy koncertowy obiekt, a co za tym idzie gości gwiazdy „mniejszej” skali niż giganci gatunku, ale przez to że Progresja jest świetnie przystosowana do takich wydarzeń, możemy się poczuć jakbyśmy właśnie uczestniczyli w czymś szczególnym, niepowtarzalnym.

A koncert sam w sobie też był niesamowity, dlatego przejdźmy do relacji.

Kissin’ Dynamite

Jako pierwszy support wystąpił niemiecki zespół heavy metalowy, który ja bym bardziej wrzucił do szufladki „Glam Metal”, ale to tylko etykietka, więc mniejsza z tym.

Ogólnie występ Kissin’ Dynamite świetnie pokazuje, że jeśli nie znasz jakiegoś supportu, to może nie warto go googlować i sprawdzać co to za muzyka, tylko lepiej zrobić sobie niespodziankę juz pod sceną – bo ogólnie rzecz biorąc, zagrali świetnie. Kontakt z publiką na mistrzowskim poziomie, energia jaka płynęła ze sceny udzieła się wszystkim i cała sala bawiła się świetnie – i dam sobie rękę uciąć że nawet Ci którzy nigdy wczesniej nie słyszeli o istnieniu tej formacji, też dali się porwać ich muzyce.

Jak już wspominałem na początku, zespół ma zacięcie glam metalowe i z jednej strony można by uznać że był to nie trafiony dobór kapel przed Powerwolf’em, jednak wychodzi na to że to był właśnie strzał w dziesiątkę. Świetnie się sprawdzili jako rozgrzewka przed gwiazdą wieczoru.

Amaranthe

Następnie wystąpiła szwedzka formacja Amaranthe – i tutaj zaskoczenie po raz kolejny. Niby zespół nie pasował klimatem do gwiazdy wieczoru, bo ich muzykę sklasyfikowałbym jako industrial metal z elementami typowymi dla muzyki popularnej – i głównie chodzi mi o czyste, kobiece wokale. Nie znaczy to jednak że popsuli imprezę. Wręcz przeciwnie, muzyka skoczna i żywa, momentami wręcz dyskotekowała, wpasowała się rozgrzaną do czerwoności publikę.

Sam zespół też ma dosyć ciekawą konstrukcję – na żywo partie klawiszowe są puszczane z sampler’a, natomiast na scenie mamy tylko perkusję, gitarę, bas, wokalistkę i dwóch wokalistów. I to właśnie to wokalne trio daje całkiem ciekawe efekty. Mamy śliczny, młodzieżowy kobiecy wokal prowadzący, do tego czyste męskie wokale wspomagające oraz poteżny growl podbijający każdy breakdown.

Niestety, akustk się nie popisał i wiele potencjału przepadło bezpowrotnie – bas przygłuszał niektóre elementy. Na szczęście wokalistka robiła co mogła aby przekazać maksymalną dawkę energii publice i wyszło jej to perfekcyjnie.

Gwiazda wieczoru – Powerwolf

Dla takich chwil warto żyć. Dzisiaj, po prawie trzech miesiącach, gdy wspominam ten koncert na potrzeby napisania tej relacji, nadal przechodzą mnie ciarki – tak dobre to było.

Przedewszystkim Atilla Dorm to mistrz nad mistrze jeśli chodzi o przestawianie ścian swoim wokalem. Na żywo brzmi tak samo potężnie, a może nawet jeszcze mocniej niż na albumach studyjnych.

Do tego dochodzi mnóstwo drobnych smaczków jeśli chodzi o przygotowanie sceny oraz układy choreograficzne zespołu. Krzyże, gestykulacja typowa dla modlitw, make upy artystów – to wszystko sprawiło że koncert przerodził się w rytuał, który pochłaniał mnie w całości.

A w tym wszystkim najlepsze jest to, że pomimo tej mrocznej otoczki, tej niemalże strasznej aury, wszyscy mieli na ustach uśmiechy. To jest niesamowite kiedy stoisz pod sceną, świetnie się pabisz, a po twarzach na scenie widzisz, że Ci ludzie się cieszą z tego że Ty się dobrze bawisz. To jest jak samonapędzająca się karuzela radości! Kto powiedział że koncert musi być poważny? Liczy się dobra zabawa, a tej było pod dostatkiem.

Kontakt „Wilka Mocy” z publiką był na najwyższym poziomie, luźne żarty na pzremian z tworzeniem atmosfery mrocznego rytuału świetnie współgrały z całością.

Koncert był świetny od samego początku do samego końca. Nawet sam koniec był niezwykle wzruszający, bo widać była że muzycy nie chcą zejść ze sceny, i że cieszą się że mogli u nas zagrać. I to było tak piękne, że przez pewien czas byłem pewny że to celowa zagrywka, wyreżyserowana i że tak to wygląda wszędzie. Co się jednak okazuje, po obejrzeniu kilku innych występów na żywo, w innych krajach – jest zupełnie inaczej! Koncert się kończy, muzycy się żegnają i schodzą.

Nie chce zabrzmieć tutaj zbyt butnie, ale w takich chwilach cieszę się że Polscy fani muzyki metalowej są jedyni w swoim rodzaju – bo to znaczy, że artyści będą chcieli do nas wracać.

A ja już wiem, że na każdy kolejny koncert Powerwolf w Polsce będę starał się przybyć, aby być pobłogosławionym energią „Wilka Mocy”.

WERDYKT

jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka



Galeria

Wyszukiwarka

Projekt i realizacja - Jacek Korzemski - Copyright © 2019

Notice: ob_end_flush(): failed to send buffer of zlib output compression (0) in /home/jkstoner/public_html/wp-includes/functions.php on line 4755