Blood Command, zespół Hardcore punkowy na który mam zajawkę

Szukałem ostatnio bardzo konkretnego typu muzyki – punka, ale takiego mocnego, brudnego, i z kobiecym wokalem – ale nie z technicznym wrzaskiem, tylko brutalnym, rozwydrzonym, agresywnym, ale żeby był unikalny. I znalazłem.

Norweski Blood Command z Bergen to formacja założona w 2008 roku, która od kilkunastu lat konsekwentnie redefiniuje ramy współczesnego punk rocka. Z dorobkiem pięciu albumów studyjnych – od debiutanckiego „Ghostclocks” (2010), po wydany nakładem Arising Empire „World Domination” (2023) – zespół wypracował brzmienie, którego nie da się łatwo zaszufladkować.

Zapoznawanie się z zespołem zacząłem właśnie od najnowszego krążka i to był ten strzał w dziesiątkę, przez który wsiąkłem po całości. Jaka szkoda, że przegapiłem ich koncert w Hydrozagatce w 2025 roku… Może i z pogo nie wyszedł bym cały, bo jednak już nie ta kondycja, nie te lata – ale na pewno zajebiste wspomnienie by zostało.

Muzycznie to wysokoenergetyczny hardcore punk zderzony z zupełnie niespodziewanymi wpływami. Lider i główny kompozytor, Yngve Andersen, określa ten styl jako zderzenie punka, R&B i disco z zaledwie dwuprocentową domieszką metalu. W praktyce oznacza to tnące, agresywne riffy zakorzenione w estetyce Refused czy The Clash, podbite tanecznym, pulsującym bitem i popową wręcz chwytliwością. Pomiędzy brutalnymi breakdownami zespół serwuje melodie, które brzmią jak podkręcone do granic możliwości hity z lat 80.

Przez lata formacja zaliczyła kilka roszad personalnych, z czego najważniejsze dotyczyły stanowiska za mikrofonem. Obecnie (od 2021 roku) frontmanką jest Australijka Nikki Brumen (ex-Pagan), której wrzaskliwy, pełen jadu wokal idealnie spina ten instrumentalny chaos, dodając mu drapieżności znanej z wydań „Praise Armageddonism” czy najnowszych singli.

Jednak album Cult Drugs, gdzie za mikrofon trzymała Karina Ljone też jest dokładnie tym czego szukałem – ostrym punkiem, z bezkompromisowym, nastoletnio zbuntowanym babskim głosem burzącym mury.

Funeral Beach także nie jest rozczarowaniem – choć wokal jest dużo bardziej techniczny i mniej charakterystyczny, tak po przesłuchaniu wszystkiego od najnowszego, ma po prostu fajny vibe „dawnych lat zespołu”. Ciężko to ubrać w słowa – po prostu wrzucając sobie dyskografię w długą trasę w radiu, słychać jak z każdym wcześniejszym albumem zespół robi się mniej wyszkolony, ale cały czas z pasją. Przez to fajnie się tego słucha – nawet ciurkiem.

Tematycznie teksty Blood Command to zderzenie skrajności. Inspiracje czerpane są tu z kultury rave, historii mrocznych sekt (jak Heaven’s Gate) oraz społeczno-politycznej manipulacji. Zamiast typowych punkowych haseł, dostajemy oparty na kontrastach przekaz – z jednej strony zaproszenie do tańca, z drugiej opowieść o końcu świata.

Solidna dawka nietypowego, przebojowego hardcore punka dla tych, którzy cenią agresję, ale nie mają problemu z tanecznym groovem. Blood Command to dowód na to, że można grać głośno, szybko i wściekle, a jednocześnie napisać refren, który natychmiast wbija się w głowę.


Zdjęcie pochodzi z oficjalnej strony zespołu: https://www.bloodcommand.net/