Przypomniałem sobie ostatnio o takim zespole jak Death Angel, bo natrafiłem w polecanych utworach świeży – bo tegoroczny – singiel wydany przez grupę. Postanowiłem sobie go trochę przypomnieć. Jak się okazuje, to co uznawałem za ich pierwszą płytę (bo była pierwszą z którą miałem styczność, w czasach młodości, gdy pojęcie czasu było bardzo wąskie) było tak na prawdę płytą piątą. Uznałem więc, że czas na muzyczną podróż i zapoznanie się z zespołem trochę szerzej.
Początki – Najmłodsi w thrash metalu
Death Angel to jeden z ciekawszych zespołów w historii thrash metalu. Powstał w 1982 roku w Kalifornii. Co czyni ich historię wyjątkową? Na przykład fakt, że zespół założyli nastoletni kuzyni pochodzenia filipińskiego – Mark Osegueda (wokalista, wówczas 14 lat), Rob Cavestany (gitarzysta), Gus Pepa (gitarzysta) i Dennis Pepa (basista), do których dołączył Andy Galeon (perkusista, wówczas zaledwie 11 lat).
Byli najmłodszymi muzykami na eksplodującej wtedy scenie Bay Area thrash metal, obok Wielkiej Czwórki, czyli obok Metallica, Slayer, Anthrax czy Megadeth.
Debiut – The Ultra-Violence
W 1987 roku, wydali swój album „The Ultra-Violence”.

Gdybym miał skojarzyć brzmieniowo ten album, aby oddać jego naturę – aby zachęcić do jego przesłuchania – powiedziałbym, że jest tak między początkami zespołu Metallica a początkami Megadeth. I chyba wszystko jest tak pomiędzy – tempa szybsze od jednych, wolniejsze od drugich, wokal brudniejszy od jednych, czystszy od drugich. Warto wrócić do tego albumu, jeśli tęsknimy za początkami thrash metalu, ale najpopularniejsze wybory już nam się przejadły.
Eksperymenty na Frolic Through the Park, 1988r.
Drugi album Death Angel z kolei przywodzi mi skojarzenia z zespołem Annihilator. Głównie dlatego, że dla mnie Annihilator to definicja eksperymentów brzmieniowych, zmienności, ewolucji. W moim odczuciu każda płyta jest inna od reszty. I tutaj podobnie – album Frolic Through the Park, jest czymś prawie kompletnie innym od debiutu. Bardziej rockowe zacięcie z punkową agresją. Bardziej melodyjnie, wyraźniej, ale dalej energicznie.

Akt trzeci, czyli album Act III
Zbierając materiały do artykułu, czytając inne źródła, blogi, recenzje, spotkałem się ze stwierdzeniem, że trzeci album był najbardziej przełomowy i oddawał w pełni na co stać Kalifornisjką grupę. Dla mnie jednak, był albumem który przylepił się do mnie najsłabiej. Ballada „Veil Of Deception” choć poprawna i wpadająca w ucho, to moim zdaniem wręcz przeciętnie zwykła. Mimo wszystko, jeśli ktoś wybiera się na tą samą podróż co ja, to i tak trzeba tą stacje odwiedzić. Zakładam, że wielu przypadnie ona do gustu.

Nieprzewidziany zwrot akcji, wypadek i przerwa
31 grudnia 1990 – W trakcie intensywnej trasy promującej Act III zespół miał poważny wypadek autokaru. Najbardziej ucierpiał perkusista Andy Galeon — odniósł na tyle dotkliwe obrażenia, że wymagał długiej rehabilitacji. Trasa została przerwana. Pęd zespołu, który dopiero wszedł do „dużej ligi” dzięki Geffen Records i rotacji w MTV — nagle wyhamował.
Na początku lat 90. taka pauza bywała zabójcza w świecie mainstreamowego metalu, do którego chyba już można było zaliczyć Death Angel. Gdy doszły zawirowania z wytwórnią i kwestie menedżerskie, napięcia narastały. W 1991 r. Mark Osegueda odszedł, co praktycznie zamknęło klasyczny Death Angel.
Skok w bok, czyli inne projekty członków Death Angel
Czterech byłych członków Death Angel, Rob Cavestany, Andy Galeon, Dennis Pepa oraz Gus Pepa postanowiło działać dalej pod nazwą The Organization. Co ciekawe, była to także nazwa fanklubu poprzedniego zespołu. Wydali dwa albumy (The Organization, 1993; Savor the Flavor, 1995), ale nie osiągnęli takiego rozgłosu jak pod poprzednim szyldem.
Po rozpadzie The Organization Rob Cavestany i Andy Galeon powołali Swarm – grając Bardziej współczesny metal, mieszający ciężar z rockową wrażliwością.
Reaktywacja, Thrash of the Titans i The Art of Dying
Thrash of the Titans (2001) był charytatywnym festiwalem w Bay Area na rzecz m.in. Chucha Billy’ego (Testament) i Chucka Schuldinera (Death). Na jednej scenie pojawiły się ikony lokalnej sceny, a Death Angel — niespodziewanie i po raz pierwszy od dekady w „pełnym” wydaniu — zagrali razem z Markiem Oseguedą. Energia była tak ogromna, że „jednorazowy” występ szybko przerodził się w decyzję powrotu.
Skład reaktywacji: Mark Osegueda (wokal) i Rob Cavestany (gitara) znów w centrum. Dodatkowo dołączył Ted Aguilar (gitara), a w sekcji rytmicznej – Dennis Pepa (bas) i Andy Galeon (perkusja).

Po serii koncertów w USA i Europie zespół wszedł do studia i w 2004 r. wypuścił The Art of Dying (nakładem wytwórni Nuclear Blast). Tytuł mówi wszystko — to album o „sztuce umierania i odradzania się”: pogodzenie przeszłości z teraźniejszością, stary ogień w nowej, dojrzalszej formie. Jest energia którą znamy z początków, ale jest świeżość nowego podejścia.
Udany powrót uruchomił intensywne trasy i otworzył drzwi do świetnej serii kolejnych płyt. W praktyce — jedna z najbardziej udanych reaktywacji na scenie thrash metalowej.
Killing Season – mój pierwszy raz
To właśnie ten album o którym wspominałem. Pierwszy album zespołu Death Angel z którym miałem styczność. W sumie, 2008 rok – dla mnie to także czas moich pierwszych prób z różnymi zespołami, tworzenia własnych kompozycji, pierwszych „solowych projektów” nagrywanych w rodzinnej sypialni przez multiefekt Digitech RP250. I jakość moich nagrań to oczywiście porażka, więc nawet nie będę się silił na wrzucanie ich, ale tak wspominając – Killing Season był jednym z tych albumów który mnie wówczas bardzo mocno inspirował muzycznie.
Przede wszystkim – mam wrażenie, a może takie bardziej „meta wrażenie”? Takie odczucie, że w tej muzyce jest radość. Nie wiem – po prostu jak wchodzi wokal w utworze „Lord of Hate„, to czuje jakby wokalista się uśmiechał. A w sumie taka pozytywna energia, to zawsze coś do mnie trafiało. Możemy strugać Behemotha, malować twarze w czaszki i wieszać odwrócone krzyże na scenie – ale jeśli to nie sprawia Ci w duchu frajdy, to mi też nie sprawi frajdy słuchanie tego.
Relentless Retribution – 2010
Ten album, także spod skrzydeł wytwórni Nuclear Blast, udało mi się złapać w swojej młodzieńczej fazie thrashowej. Nie zapadł mi tak głęboko w pamięć jak Killing Season. Zapamiętałem go najbardziej jako „poprawny, dobrze wykonany, dobrej jakości, fajny”. Czyli fajny, warto posłuchać.
Podczas realizacji albumu, ze składu odchodzą Dennis Peppa (bas) i Andy Galeon (perkusja), a na ich miejsce wskakują Damien Sisson (bas) i Will Carroll (perkusja).
Chyba nowego perkusistę słychać najbardziej w utworze „Truce„, gdzie zgranie stopy z gitarą ma charakter bardziej w stylu groove a przejścia wypełnione akcentami po brzegi są przeplecione pomiędzy klasyczne thrashowe granie.
The Dream Calls for Blood (2013), The Evil Divide (2016), Humanicide (2019)
I tutaj chyba sobie przypomniałem dlaczego się trochę odkleiłem od Death Angel na następne lata. Kiedyś poczyniłem taki artykuł „Gdy umiera orginalność – powstaje rzemiosło„. I chyba dokładnie to samo, w moim odczuciu w tamtych czasach dotknęło też i ten zespół. W sensie – The Dream Calls for Blood jest w pełni poprawnym, dobrze zrealizowanym albumem o dobrym brzmieniu i kompozycji. Ale moim zdaniem, nie wyróżniał się niczym na tle innych, poprawnych, dobrze zrealizowanych albumów o dobrym brzmieniu.
Trochę słabo, bo przez to przegapiłem The Evil Divide, teraz jak słucham tego na świeżo, to ten album ma coś w sobie. Bardzo delikatny, ale bardzo delikatny zwrot w stronę black metalu? Coś mrocznego, ale bez wchodzenia w ekstremum? Czuję to zwłaszcza w utworze Lost. Melodie nie typowe dla thrashu, ale jeszcze nie zbaczające w melodic death.
Co do albumu Humanicide mam mieszane uczucia. Bo miejscami, jak w tytułowym utworze, jest rzemiosło. Poprawne, dobrze brzmiące, ale takie po prostu zwykłe. Z kolei w utworze Divine Defector czuję śladowe ilości death metalu, a już zaraz w kawałku Aggressor znane zacięcie black metalowe z poprzedniego albumu. A do tego dochodzą elementy progresywne, przejścia w zmienionym metrum, ale takie bardziej czyste. Więc słucha mi się tego jako zbiór dobry utworów, ale nie koniecznie jako pełny album.
Możliwe, że moja reakcja jest wypaczona trochę oczekiwaniami, w końcu odbywam tą podróż po dyskografii w ciągu paru dni, a zespół tworzył te albumy przez lata. Świat się zmieniał, ludzie też, moje gusta też.
2025 – Cult of The Used oraz Wrath (bring fire)

Wspominałem już że gusta się zmieniają? Bo Singiel Cult of The Used siadł mi zaskakujące dobrze. Oprócz tego, że jest to jak zawsze – poprawny thrash, to mam wrażenie że wokal nadaje mu lekkiego retro vibe’u. I to dla mnie jest ciekawym doświadczeniem – dopiero co słuchałem starych albumów, w których czegoś albo mi brakowało, albo jakoś ich nie czułem. A teraz, bardzo podobne brzmienie i styl, ale utwór wydany współcześnie i nagle mój odbiór jest duże przychylniejszy.

Wrath (Bring Fire), jest bardziej melodyjny, ale też ma w sobie tą współczesną energię. Jest chyba trochę lżejszy brzmieniowo. Mimo wszystko – dobrze wiedzieć, że Death Angel nie przestaje tworzyć. Czekam na pełne wydawnictwo.
Garść ciekawostek na koniec
- Demo zespołu, w 1896 roku zatytułowane „Kill as one” zostało nagrane z pomocą gitarzysty zespołu Metallica – Kirka Hammetta i wzbudziło zainteresowanie wytwórni Enigma Records.
- Death Angel był pierwszym „metalowym” zespołem pod skrzydłami wytwórni Geffen Records.
- Zespół był łącznie cztery razy nominowany do nagrody Grammy, ale nigdy nie zdobyli nagrody. Nominowane były cztery następujące po sobie albumy: Relentless Retribution (2010), The Dream Calls for Blood (2013), The Evil Divide (2016) oraz Humanicide (2019).