MetalMusic.pl

Nowy portal o muzyce metalowej - recenzje płyt, relacje z koncertów, słów pare o sprzęcie muzycznym i wiele innych!

Mesa – Feast for Water – Recenzja

Byliśmy ostatnio w Hiszpanii odwiedzić Holy Mushroom, dlatego dzisiaj pozostaniemy jeszcze przez chwilę w zachodniej cześci Europy, ale damy kilka kroków w stronę centrum, bo przybywamy do Włoch. Jeśli chodzi o cuda jakimi podzieliły się Włochy z resztą świata, na pewno możemy wymienić: pizza, spaghetti oraz Mesa – zespół grający: doom, occult rock, metal, drone, atmospheric, dark Jazz. I choć ta lista jest długa, to trafia w punkt, a żeby tego doświadczyć, wystarczy zapoznać się z albumem Feast for Water.

Mesę miałem okazję usłyszeć na żywo przy okazji ich występu na Red Smoke Festival 2018 – i swoim popisem wywalczyli sobie miejsce w moim top 3 najlepszych występów podczas tamtego festivalu.

Ogólnie uważam że warto pisać, i rozmawiać o takich perełkach, bo ciężko jest na nie samemu trafić. Teraz, na przykład, przy okazji szukania informacji które mógłbym wpleść w recenzję, znalazłem masę różnych znaczeń słowa „Mesa„, informację o tym że jest to portugalski zespół grający jakiś industrialny pop itd. więc to chyba nie o tą Mesę chodzi. Ogólnie im bardziej kopię, tym bardziej widzę że to chyba bardzo niszowy zespół.

A szkoda, bo ich muzyka broni się sama, a jedyna bariera jaką można napotkać przy próbie zaprzyjaźnienia się z Mesą, to zbyt intensywne budowanie klimatu na albumie. To znaczy, zdarzają się fragementy, gdzie przez kilka minut słyszymy sprzężenia gitar, bulgotanie wody, latający drony, a na właściwy utwór musimy poczekać. Są ludzie dla których nie będzie to przeszkodą, wszakże wypisując listę gatunków do których można zaliczyć zespół, wpisałem też „drone„. Dla mnie jednak, to zabiegi fajne na koncert, a przy słuchaniu albumu to trochę utrudnia mi odbiór. Zwłaszcza gdy słuchając płyty po raz czwarty, znowu muszę przebrnąć przez te powolne partie budujące napięcie.

Mimo wszystko, za każdym razem, dochodzę do wniosku, że warto się pomęczyć, bo samo sedno muzyczne jest na naprawdę wysokim poziomie. Wokale przytłumione pogłosem niczym z kościelnej sali, brudne gitary, które mają moc płynącą z riffów, a nie rozkręconych do granic możliwości, dopalonych wzmacniaczy high gainowych i perkusja, która płynnie przechodzi od jazzowego trzymania klimatu do lekkich blasów których nie powstydziłby się nie jeden death jazz metalowy zespół. Żeby nie było – bas też jest na swoim miejscu.

Duży plus także za zakres wokalny Pani wokalistki – bo zarówno świetnie się sprawdza w delikatnych, cichych partiach, jak i potrafi warknąć niczym bestia, nie tracąc swojego kobiecego uroku.

Album polecam wszystkim, którzy lubią mroczne, powolne klimaty, kozy i mrocznego Pana. A także tym którzy lubią wodę, bo z jakiegoś powodu, Mesa też ją bardzo lubi.

WERDYKT

jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka jest gwiazdka nie ma gwiazdki nie ma gwiazdki nie ma gwiazdki

Wyszukiwarka

Projekt i realizacja - Jacek Korzemski - Copyright © 2019